|
ROZDZIAŁ 5
(Ogrodzieniec)
Na miejscu pysznego pałacu rosły już spore drzewka i wysokie krzaki, osłaniające głebokie wykroty. Tu i ówdzie, jak ogromne nagie żebra, sterczały z ziemi żelazne dźwigary. W głebokim dole odkryłem resztki windy, która dowoziła jedzenie z podziemnych kuchni. Z pałacu pozostał właściwie tylko... skarbiec, to znaczy wyraźny, zaznaczony prostokąt grubych murów bez dachu, do których prowadziły, grube na dłoń, żelazne drzwi. Te mury przetrwały, ale nie kryły żadnej tajemnicy. Pancerne drzwi pozostawały otwarte, zerwany strop odsłaniał dno skarbca. Obok na cmentarzu, w wysokiej do pasa trawie, tu i ówdzie walały się resztki nagrobków, połamanych płyt. Tylko jedna płyta z czarnego marmuru świadczyła o świetności tych, co zostali tu pochowani w glorii sławy i chwały. Krzyż w kształcie gwiazdy mówił, że leży pod nią rycerz zakonu joannitów, generał major Conrad von Beneckendorff und von Hindenburg, urodzony w 1819 roku, a zmarły w 1911 roku...
ROZDZIAŁ 6
Na wschód od Susza aż do Jerzwałdu, a także na południe aż do Iławy i na północny wschód - do Starego Dzierzgonia ciągnie się ogromny kompleks leśny, pełen mniejszych i większych jezior, z którego jedno (piąte co do wielkości w Polsce) ma nazwę Jeziorak. Od Iławy do Jerzwałdu wzdłuż brzegów tego jeziora biegnie nowa asfaltowa szosa. Ma ona dziesiątki zakrętów i przez cały niemal czas przecina las, to po lewej, to znów po prawej stronie ukazując lustra mniejszych jezior. Na jednym z takich ostrych zakrętów leży wieś Gardzień, gdzie zbudowano niedawno osadę leśną. Białe, nowe domy sąsiadują z czerwonymi czworakami starych zabudowa folwarcznych. A na niewysokim wzgórku tuż przy szosie między potężnymi drzewami stoją ruiny dworu zbudowanego w kształcie podkowy.Ze stromego dwuspadowego dachu zleciały dachówki. Deszcze i wichury dokonują dzieła całkowitego zniszczenia. Tu i ówdzie załamały się stropy, ale dębowe schody jeszcze prowadzą na górne piętra, a przez pusty oczodółdrzwi wej można do zawalonej gruzem półokrągłej sali balowej lub może ogromnego salonu. Wszędzie leżą cegły, rozbite dachówki i stare kafle z pieców kominków.
ROZDZIAŁ 15
Latem aż się roi tutaj od turystów, bo Ostróda to wielki ośrodek rekreacyjny. Stąd rozpoczyna się długi szlak wodny, słynny kanał Ostróda - Elbląg, który zbudowano w latach 1844-1858. Ma on 81 kilometrów długości. A ponieważ Jezioro Drwęckie leży 95 metrów nad poziomem morza, a jezioro Drużno zaledwie pół metra, należało zbudowa aż dwie śluzy i pięć pochylni lądowych dla pokonania różnicy wzniesień. Spływ tym szlakiem, a nawet sama przejażdżka statkiem przez pochylnie, śluzy i liczne jeziora, jest wspaniałą przygodą. A kanał Ostróda - Elbląg ma jeszcze odgałęzienia do Iławy i Zalewa przez Jeziorak. Wspominając dzieje Gizewiusza odwiedziliśmy jeszcze kościółprzy ulicy Czarnieckiego, zachwycając się gotycką rzeźbą z XIV wieku, drewnianą Pietą przeniesioną tutaj z Gietrzwałdu, a wykonaną przez nieznanego artystę. Obejrzeliśmy także ruiny kościoła parafialnego przy ulicy Filtrowej, zbudowanego w XIV wieku, oraz ruiny zamku krzyżackiego, położone nad Jeziorem Drwęckim. W styczniowych walkach, jakie w 1945 roku z hitlerowcami toczyła armia II Frontu Białoruskiego, Ostróda, a przede wszystkim jej Stare Miasto i zabytki legły w gruzach. Dziś miasto jest odbudowane, ma nowoczesne dzielnice, przystań żeglugi i brzegi jeziora zwabiają tu rokrocznie tysiące gości z całej Europy. To naprawdę piękne miasto z dobrze rozwiniętym przemysłem, zakładami naprawy taboru kolejowego, zakładami szkutniczymi, z ogromną fabryką przetworów mięsnych.
ROZDZIAŁ 16
Biwak złożony z dwóch namiocików (dla Moniki i dla Winnetou) oraz dwóch samochodów - wehikułu i elektrycznego wózka - zorganizowaliśmy na małej polanie nad Jeziorem Płaskim. Było to miejsce do tego celu specjalnie przeznaczone, ale o tej porze roku jeszcze tu nikogo nie spotkaliśmy. Polanę otaczał las mieszany, brzeg jeziora był zarośnięty i mulisty. Niewielki pomost z żerdzi pozwalał jednak dojść aż do lustra wody. Niedaleko biegła szosa z Iławy oraz znajdowały się rozstaje dróg w kierunku Susza, Zalewa i Starego Dzierzgonia. Do Bądza mieliśmy pię kilometrów kamienistej drogi, co trochę utrudniało obserwację Niewidzialnych. Zrobiliśmy chyba z siedem kilometrów, zanim ścieżka wzdłuż północnego brzegu jeziora Gaudy doprowadziła nas do asfaltowej szosy i zabudowań dużego pegeeru. Zatrzymałem się w pobliżu wypalonego podczas wojny pałacu, po którym zostały tylko mury i wspaniały fronton, świadczący o dawnej świetności.- Co to za pałac? - zainteresowała się Monika. - Gdzie jesteśmy? - Pamięta pani mały dworek w Gardzieniu, gdzie mieszkała Jenny von Gustedt? Ten pałac leży o trzydzieści kilometrów od tamtego dworku i także upamiętnił się pobytem niezwykle interesującej kobiety. Nazwisko jej brzmiało Maria Walewska. Jak pani wie, była ona przyjaciółką cesarza Francuzów, Napoleona. Przebywałon w tym pałacu przez wiele tygodni, gdy prowadziłwalki na terenie Prus, zdobywał Malbork i Gdańsk. W tym to okresie zaprosił do tego pałacu Marię Walewską i spędził z nią tutaj, jak to sam określał, wiele szczęśliwych chwil. Ta miejscowo i pałac nazywały się wtedy Finckenstein i były rezydencją pruskich junkrów von Finckensteinów. Patrzy pani tu na wypalone okna, na mury bez dachu i gruzy porosłe trawą. Zapewniam panią, że może już za kilka lat pałacowi temu zostanie przywrócony dawny wygląd. Proszę jednak trochę ruszyć swoją wyobraźnią i na chwilę zapomnie o wypalonych oknach, o murach bez dachu, i gruzy porosłe trawą. Zapewniam panią, że może już za kilka lat pałacowi temu zostanie przywrócony dawny wygląd. Proszę jednak trochę ruszyć swoją wyobraźnią i na chwilę zapomnieć o wypalonych oknach, o murach bez dachu, o gruzach porosłych trawą. Niech pani sobie przedstawi, że jest wiosna 1807 roku, do rezydencji Finckensteinów przybywa Napoleon, imperator i cesarz Francji. Jak pisze Marian Brandys w swej biograficznej książce o Marii Walewskiej rezydencja pruskich junkrów stała się na dziesięć tygodni ośrodkiem dyspozycyjnym władzy dla połowy Europy. Każdego dnia odprawiano stąd dziesiątki kurierów z listami do królów i cesarzy. Napoleon grając w oczko ze swymi marszałkami, ustalał tu z nimi przyszłe losy ludzkości. W dawnej sali balowej pałacu podejmowano egzotyczne poselstwa z Turcji i Persji, a wieczorami oglądano przedstawienia dawane tutaj przez koryfeuszy teatru francuskiego. W pokojach przylegających do apartamentów cesarza wyczekiwali na posłuchanie najwyżsi dygnitarze z Paryża i ze stolic alianckich. W antyszambrach kłębił się różnojęzyczny tłum pomniejszych aktorów politycznych. W Finckensteinie wytyczano granice nowej Europy, spierano się o stanowiska w nie istniejących jeszcze państwach, zawierano koniunkturalne sojusze i układano skomplikowane intrygi, zabiegano o protekcje i oczerniano się nawzajem. . . Patrzyłem na pomarańczowe mury o wypalonych oknach, z zaciekami wilgoci i śladami odpadniętego tynku, na trawę porastającą gruzy. Naprawdę trudno było sobie wyobrazić, że przed stu pięćdziesięciu laty wnętrza murów wypełniały komnaty, po których chodził dumny cesarz i jego marszałkowie, brzmiały tu głosy komend wydawanych dziesiątkom tysięcy francuskich i polskich żołnierzy.
|